Krótka historia jednej, głębokiej potrzeby


Moja droga w poszukiwaniu własnego miejsca na świecie (przynajmniej tego pod względem zawodowym), była naprawdę kręta i długa. Od czasu zakończenia nauki w szkole średniej, miałam okazję pojawić się w kilku miejscach, sprawdzając przy tym nie tylko je, ale i samą siebie. Gdybyście mogli zajrzeć na listę wykonywanych przeze mnie zawodów, znaleźlibyście na niej m.in pracownika sklepu z indyjską biżuterią, opiekunkę dla dzieci, animatorkę sali zabaw, ekspedientkę w sklepiku z pamiątkami, dziennikarkę radiową (mój pierwszy, wyuczony zawód) oraz... plażowego sprzedawcę kukurydzy w małym, nadmorskim miasteczku. Jak to się więc stało, że po tychże poszukiwaniach zakrojonych na naprawdę olbrzymią skalę, znalazłam się tutaj, gdzie - jak to zwykłam powtarzać - powinnam znaleźć się już dawno temu? 



Myślę, że warto wspomnieć o jednej kwestii. Pierwszy kontakt z osobami z niepełnosprawnością, miałam już w czasach edukacji wczesnoszkolnej. Szkoła podstawowa, do której uczęszczałam od drugiej klasy, dzieliła budynek ze szkołą specjalną. Do pewnego momentu był to jednak "kontakt" polegający jedynie na samej świadomości o istnieniu dzieci z różnego rodzaju niepełnosprawnościami. Jeśli pamięć nie płata mi obecnie figli, sprawa nabrała poważniejszego charakteru już w klasie czwartej, gdy wraz z kilkoma ochotnikami z obu szkół, zorganizowaliśmy przedstawienie jasełkowe. Po tym doświadczeniu, moją uwagę skupiały jednak zupełnie inne kierunki. W czasach szkoły średniej, pielęgnowałam w sobie marzenie o podjęciu pracy dziennikarskiej.
Moją główną motywacją była potrzeba - jak lubiłam to wówczas dumnie określać - zmieniania świata na lepsze. Nie byłam naiwna, wiedziałam, że to zbyt ogólne określenie. Miałam jednak plan, by docierać do ludzi, których nikt słuchać nie chciał. By pomagać usłyszeć o sprawach, o których inni najchętniej by zapomnieli. Uparcie i skrupulatnie dążyłam do realizacji moich planów, czego skutkiem było podjęcie (i ukończenie!) studiów na kierunku: dziennikarstwo i komunikacja społeczna. Jak już wiecie, nie pracuję w moim pierwszym, wyuczonym zawodzie. Czy żałuję czasu poświęconego na zdobycie pierwszego z moich dyplomów? A nie żałuję! I nawet przez myśl by mi to nie przeszło. W ciągu tych trzech lat miałam okazję sprawdzać i realizować się na różnych płaszczyznach zawodowych (odsyłam do wyliczanki nad zdjęciem), ponadto nabyłam naprawdę specjalistyczną wiedzę i, co mogę śmiało powiedzieć, naprawdę poszerzyłam własne horyzonty. Historia, wiedza o systemach politycznych, systemach medialnych, filozofia, logika, warsztat kreatywnego pisania - mogłabym wymieniać długo, ale każdy z tych przedmiotów wniósł do mojego życia naprawdę coś cennego. Co ważne, to właśnie tam, w Poznaniu, gdzie wówczas mieszkałam, wpadłam na pomysł, by przeprowadzić się do Trójmiasta i spróbować swoich sił w rekrutacji do szkoły filmowej. Rozumiecie, wciąż chciałam więcej, podświadomie czułam, że to co zdobyłam do tej pory, nie jest tym, czego szukałam. Szukałam więc dalej. 

Może wiecie, może nie - proces ubiegania się o możliwość studiowania w szkole filmowej, wcale nie należy do tych najprostszych. Właśnie w tym momencie mojego życia, wydarzyło się coś tak abstrakcyjnego, że prawdopodobnie sama nie uwierzyłabym w to, gdybym tego nie przeżyła. Jak zdążyliście się zorientować, nadal nie wspomniałam Wam zbyt wiele o tym, jak to się stało, że zaczęłam studiować pedagogikę. Spieszę z wyjaśnieniami: jeszcze wtedy nawet o tym nie myślałam. Krótko przed przeprowadzką (gdy komisja w szkole filmowej dostała już moją teczkę), mama, którą serdecznie w tym miejscu pozdrawiam, zasadziła w mojej głowie ziarenko niepewności. "A co, jeśli się jednak nie dostaniesz?". Myśl ta nie dawała mi spokoju do tego stopnia, że wkrótce po jej pojawieniu się, nie opuszczała mnie niemal w ogóle. Co tu dużo ukrywać - zaczęłam panikować. I choć zazwyczaj panika dobrym doradcą nie jest, tym razem postanowiłam jej posłuchać. W takich oto okolicznościach, ostatniego możliwego dnia, krótko przed północą, wypełniłam formalności rekrutacyjne na kierunek, który krzyknął do mnie, gdy tylko jego pełna nazwa pojawiła się na ekranie mojego laptopa - PEDAGOGIKA SPECJALNA. Dwa miesiące później, po jednych z pierwszych zajęć, już wiedziałam: to własnie to, czego tak długo szukałam i czego ciągle mi brakowało. 

Tak! Przyznaję, moje pojawienie się w szeregach studentów pedagogiki specjalnej jest efektem przypadku, dławiącej paniki i... działania mojej mamy (która, wierzcie mi, nigdy nie wątpiła w moje powodzenie. Naprawdę). Nigdy wcześniej jednak ani nigdy później, nie czułam tak dużej pewności, co do słuszności wyboru, którego dokonałam. Każdą kolejną dawkę wiedzy przyswajałam z niesłabnącą ciekawością, a gdy pierwszy raz miałam okazję obcować z dziećmi z niepełnosprawnością, wówczas jeszcze jako stażysta, wiedziałam już na pewno: to właśnie ta praca da mi poczucie zmieniania świata na lepsze. To właśnie jest spełnienie motywacji, potrzeby, która przemawiała przeze mnie jeszcze w czasach liceum. I nagle okazało się, że nie muszę naprawiać całego świata, by czuć się szczęśliwą - wystarczy, że zmienię go dla tej jednej osoby, z którą w danym momencie pracuję. 

Głęboko wierzę w to, że wszystko, co dzieje się w naszym życiu, dzieje się po coś. Moja droga miała wyglądać w ten sposób i przyjmuję to. Nie żałuję ani jednego dnia czy decyzji, bo być może to własnie te krótkie momenty pozwoliły mi znaleźć się w miejscu, w którym jestem dzisiaj. Pozwoliły mi na to, by codziennie poznawać na nowo świat, moich uczniów i samą siebie. By uczyć się życia na nowo, by nabywać kolejne umiejętności, dowiadywać się i próbować nowych rzeczy. By wspólnie z dziećmi zdobywać edukacyjne ośmiotysięczniki. Nasze prywatne szczyty różnią się od tych typowych. Uczę ośmiolatka wypowiadać słowo "chcę" i tego, że plastelina nie jest dobrą przekąską. Uczę pięciolatkę samodzielnego posługiwania się łyżeczką. Wierzę, że w końcu się jej uda. Nauczyłam czternastolatka wiązania sznurówek i liczenia, ale tylko do trzech. Cztery to bardzo kłopotliwa cyferka. Uczę mamę mojej podopiecznej, jak ważna jest akceptacja. 

Nie zawsze jest łatwo i przyjemnie. Niejednokrotnie zdarzało mi się być oplutą, ciągniętą za włosy, zmęczoną do granic wytrzymałości, smutną. Niejednokrotnie zasypiałam na kanapie, krótko po przyjściu z pracy, poświęcałam niedzielne popołudnie na wykonanie kolejnych pomocy terapeutycznych, czy zwyczajnie płakałam. Z bezsilności, z poczucia niesprawiedliwości. Z wielu powodów. Zdarza mi się krzyczeć wewnętrznie, gdy spotykam się z brakiem zrozumienia. Krzyczę, gdy spotykam się z murem. Murem biurokracji, murem "przepraszam, nie da się". Znacie to powiedzenie, że jeśli czegoś zrobić się nie da, to trzeba znaleźć kogoś, kto o tym nie wie i po prostu to zrobi?* Nie zabijajmy w sobie potrzeby działania.
Każdego kolejnego dnia wstaję z uśmiechem, bo mam poczucie, że robię coś potrzebnego. Robię coś, co być może kiedyś zaprocentuje, nawet jeśli teraz działanie to wydaje się zupełnie bezcelowe. Piekę chleb, grabię liście przed szkołą, śpiewam głośno piosenki na placu zabaw. Siedem razy dziennie myję z moim uczniem szkła w jego okularach, z nadzieją, że pewnego dnia zadba o to sam. Robię dobre rzeczy, wiem to. Mimo tych wszystkich słów zwątpienia, z którymi zderzam się tak często. 

Dlaczego więc zostałam nauczycielem? Właśnie po to, by zmieniać świat. 
Świat w oczach dziecka z niepełnosprawnością. 




__________________
* słowa Alberta Einsteina

Październik miesiącem AAC

Czy potrafisz wyobrazić sobie swoje życie, gdyby któregoś ranka okazało się, że mimo Twojego ogromnego wysiłku, nie jesteś w stanie wydobyć z siebie słowa? A może świat, w którym wypowiadanych przez Ciebie zdań, nie rozumie żaden inny człowiek? Jak przekazać myśli, oczekiwania, potrzeby? Jak wytłumaczyć, dlaczego w danym momencie nie mamy na coś ochoty, jak wyjaśnić, że boimy się czegoś, że coś nas cieszy lub sprawia, że czujemy się źle? 

Czy potrafisz wyobrazić sobie, jak trudno wyrazić to wszystko bez słów, w świecie tworzonym przez ludzi, którzy często nie są w stanie robić tego nawet z ich pomocą? 






Język. Słowa. Mowa. Werbalny sposób komunikowania się z otoczeniem, dla większości z nas jest czymś zupełnie naturalnym - umiejętnością nabytą jeszcze we wczesnym dzieciństwie, gdy uczymy się wyrażać siebie poprzez analizę i naśladowanie osób z naszego najbliższego otoczenia. Opóźniony rozwój mowy dziecka (czy też jej całkowity brak), każdorazowo powinien skłaniać rodziców do wizyty u odpowiedniego specjalisty. Warto bowiem zaoferować dziecku należyte wsparcie już na wczesnym etapie zidentyfikowania jego trudności.

Niestety, jako specjalista, często spotykam się z raczej pobłażliwym podejściem do tego tematu. Stwierdzenie o indywidualnym tempie rozwoju każdego dziecka, przeniknęło do słownika współczesnych dorosłych i choć jest w nim oczywiście sporo prawdy, należy pamiętać, że pewne umiejętności są ściśle związane ze specyfiką psychologii rozwojowej. I choć czas na ich pojawienie, można ująć w pewnych klamrach, to ich wyraźniejsze opóźnienie, może kryć za sobą poważniejsze przyczyny. Jeśli dziecko w wieku dwóch lat nie mówi wcale, bądź robi to bardzo rzadko, niechętnie, a zasób jego słów jest bardzo(!) ubogi, warto udać się do logopedy.

To, że dziecko nie mówi, nie oznacza, że nie ma potrzeby wyrażenia tego, co myśli, co czuje. Brak możliwości zaspokojenia tej potrzeby, może przyczynić się do powstania poważniejszych kłopotów, nie tylko rozwojowych, ale także wychowawczych. Zależność tę można obserwować w niektórych przypadkach niewerbalnych dzieci, przejawiających jednocześnie zachowania agresywne i/lub zagrażające. Zdarza się, że po wprowadzeniu odpowiedniego systemu wsparcia, zachowania te znikają całkowicie, bądź pojawiają się zdecydowanie rzadziej. Trudno dziwić się dziecku, które rzuca przedmiotami, krzyczy, wpada w złość, jeśli nie ma możliwości wyrażenia swoich podstawowych potrzeb. Dziecko nie mające dostępu do innej, skutecznej formy komunikacji niż mowa (a z racji zdezorganizowanego systemu komunikowania się, nie jest w stanie z niej skorzystać), wykorzystuje zachowania zwracające uwagę dorosłego, by zasygnalizować swoje potrzeby. To klasyczna forma wołania o pomoc.

By w pełni wesprzeć i umożliwić tym osobom nadawanie komunikatu, który będzie zrozumiały nawet dla zupełnie obcego odbiorcy, powstała komunikacja alternatywna i wspomagająca (AAC), która jest obecnie jedną ze standardowych form rehabilitacyjnych.

A jaka jest różnica między komunikacją alternatywną, a wspomagającą?
Komunikacja alternatywna znajduje swoje zastosowanie w procesie wsparcia osób, które całkowicie utraciły zdolność mówienia lub też nigdy jej nie nabyły. System komunikacji (gesty, symbole) ma w tym przypadku w pełni zastąpić język mówiony. Komunikacja wspomagająca ma natomiast na celu wsparcie tych osób, których kompetencje językowe nie zostały w pełni wykształcone - gdy osoba mówi niezrozumiale, lub gdy narząd artykulacyjny uległ częściowemu uszkodzeniu. Świetnie sprawdzają się tutaj oprogramowania na urządzenia mobilne, które wypowiadają słowa dla ich użytkownika.

Nie ma jednego, uniwersalnego sposobu na alternatywny sposób komunikowania się. System każdorazowo powinien być dobrany starannie, z uwzględnieniem możliwości i oczekiwań danej osoby, a także środowiska, w którym żyje. Ważne jest uwzględnienie możliwości fizycznych danej osoby, jej preferencji, możliwości intelektualnych. Wśród metod komunikacyjnych AAC, możemy wyróżnić trzy podstawowe grupy:

  • znaki manualne, czyli komunikację realizowaną za pomocą gestów. Mówimy tutaj np. o jezyku migowym, systemie gestów MAKATON (ten posiada także odpowiednie symbole), czy fonogestach,
  • znaki graficzne, czyli wszelkiego rodzaju symbole - PIC, PCS, symbole Blissa, czy program MÓWik,
  • znaki przestrzenno-dotykowe, czyli np. alfabet Lorma, który służy osobom Głuchoniewidomym.
Czasem do realizacji potrzeb porozumiewania się i pracy nad wykształceniem kompetencji komunikacyjnych, wykorzystuje się rysunki, zdjęcia a nawet... przedmioty. System ma służyć przede wszystkim tej osobie, dla której został dobrany, nie możemy o tym zapominać. 

AAC w mojej praktyce szkolnej

Jestem cichą wielbicielką wszelkiego rodzaju piktogramów. To naprawdę niesamowite, jak wielkim ułatwieniem mogą być dla tych uczniów, którzy przejawiają trudności na płaszczyźnie komunikacyjnej. I to nie tylko w codziennej wymianie "słów" pomiędzy mną, a dziećmi. Piktogramy towarzyszą nam praktycznie od przekroczenia progu szkoły. Korzystamy z nich też w najróżniejszych sytuacjach, począwszy od tworzenia codziennego planu dnia, kalendarza, czy też wsparcia przy procesie zrozumienia danego zadania. Wiele z podejmowanych przez nas działań, nie byłaby możliwa bez odpowiednio dobranych piktogramów, a dzięki nim jesteśmy w stanie w pełni włączyć naszych niepełnosprawnych uczniów w społeczność szkolną.




Najpopularniejsze mity dotyczące AAC

U podłoża niepewności i lęku rodziców, których dzieciom zaproponowano dobranie i wprowadzenie AAC, niejednokrotnie kryją się mity, w które obrósł temat komunikacji alternatywnej i wspomagającej. Zależy mi, by własnie teraz i tutaj rozwiać je raz na zawsze. 

  • AAC hamuje rozwój mowy! - Nic podobnego! Nie ma badań, które jednoznacznie wykazałyby prawdziwość tej tezy. Po dokonaniu wnikliwych analiz, powstały jednak raporty, według których żadna z osób stosujących AAC, nie wykazała obniżonej "produkcji" mowy werbalnej. W przypadku 8% badanych nie odnotowano w tym zakresie żadnych zmian, a aż 89% wykazała wzrost umiejętności komunikacyjnych, w tym także umiejętność porozumiewania się za pomocą słów. Jasne, jeśli istnieją pewne bariery, których dziecko nie jest w stanie pokonać, to AAC nie sprawi w magiczny sposób, że bariery te znikną. Z całą pewnością przestaną być jednak aspektem uniemożliwiającym swobodne i samodzielne funkcjonowanie w społeczeństwie. 
  • Osoba komunikująca się za pomocą AAC, traci motywację do tego, by nauczyć się mowy.
  • AAC sprawia, że osoba korzystająca z tego rodzaju pomocy, wygląda nienaturalnie, inaczej - Powyżej przytoczone badanie jednoznacznie rozwiewa i tę tezę. Osoba komunikująca się za pomocą AAC nie traci motywacji do tego, by nauczyć się mowy, jeśli tylko taka umiejętność jest w zasięgu jej możliwości. Co więcej, AAC pokazuje jej, jak ważną rolę w codziennym życiu odgrywa proces komunikacji. Uczy sprawczości, podejmowania decyzji, dokonywania wyboru. Należy też poważnie zastanowić się nad tym, czy przywiązywać większą wagę do tego, że ktoś będzie używał symboli bądź gestów do wyrażania swoich potrzeb, stając się w końcu autonomiczną jednostkączy do tego, jak zostanie to odebrane przez osoby postronne. Żyjemy w czasach, gdy wymiana informacji i różnych środowisk zachodzi tak szybko i naturalnie, że nikogo nie dziwi już widok osoby, która porozumiewa się np. za pomocą języka migowego. 
  • Kontakt wzrokowy jest niezbędny do tego, by zaistniał proces komunikacji. - Kontakt wzrokowy może wydawać się niezwykle istotny w kwestii prowadzenia dialogu z naszego punktu widzenia, zaufajcie mi jednak, że są osoby, które i bez niego, radzą sobie w kwestiach komunikacyjnych lepiej niż niejedna osoba, która kontakt wzrokowy utrzymuje wręcz wzorowo. On sam nie jest też niezbędny do tego, by wprowadzić AAC. Korzystając równocześnie z wszystkich kanałów informacyjnych (wzrokowych, słuchowych, dotykowych), ciężko przetworzyć wszystkie docierające do nas bodźce, stąd przypadki, w których niektóre osoby z rozwagą "wyłączają" jeden z tym kanałów, by w pełni skupić się na przekazie i - co najważniejsze - zadbać o swój komfort. 
  • Konieczne jest przejście drogi od konkretu do symbolu. - Czasem rzeczywiście jest to konieczne, ale w wielu przypadkach uzależniamy to od poziomu poznawczego danej osoby. Jeśli nie ma potrzeby, by zaczynać od zupełnych podstaw, to spokojnie i z powodzeniem można ruszyć do przodu od zupełnie innego etapu. Jedyną kwestią, o której należy tu pamiętać, to fakt, że sposób komunikacji musi być w pełni dobrany do jej użytkownika. 
  • Dorośli nie korzystają z AAC - Nie ma granicy wieku, do którego można wprowadzać alternatywne metody komunikacji. AAC znajduje zastosowanie np. w pracy z osobami po udarach bądź w stanie powypadkowym. 
  • AAC to ostateczność - AAC to podstawa. Możliwość podejmowania decyzji, wyrażania siebie. Krok do niezależności. I o tym starajmy się pamiętać. 



To wszystko, co przygotowałam dla Was w dzisiejszym poście. W kolejnych z tego zakresu, postaram się przybliżyć Wam poszczególne systemy komunikacji alternatywnej i wspomagającej. Przypominam też o mojej propozycji, dotyczącej stworzenia dla Was darmowych pomocy wykorzystujących piktogramy. Zachęcam do zgłaszania w komentarzach tego, co najbardziej by się Wam przydało (zarówno tutaj, jak i na facebooku i instagramie). Do usłyszenia! 



Felinoterapia - kiedy kot zostaje terapeutą

Animaloterapia (czyli terapia odbywająca się w towarzystwie zwierząt) od wielu lat cieszy się niesłabnącym zainteresowaniem. W poszukiwaniu nowych rozwiązań terapeutycznych, nie trudno natknąć się na jej różnorakie formy. W taki oto sposób, w zależności od naszych indywidualnych preferencji, korzystamy z uroków hipoterapii, czy też tej jednej z najbardziej rozpowszechnionych - dogoterapii. Choć - w porównaniu do zwolenników wymienionych form - felinoterapia cieszy się zdecydowanie mniejszym zainteresowaniem, trudno odmówić jej magii.





Felinoterapia? 

Felinoterapia, czyli właściwie co? Najprościej mówiąc, jest to terapia z wykorzystaniem kota, choć osobiście preferuję raczej słowo "towarzystwo". Nie potrafię wyzbyć się potrzeby potraktowania kota, jak pełnoprawnego członka procesu terapeutycznego. Co więcej, myślę, że może to okazać się kluczowe w osiągnięciu pewnych efektów takich spotkań. A o jakich efektach mowa? Felinoterapia ma na celu poprawę stanu pacjenta, zarówno pod kątem psychicznym jak i fizycznym. Sama forma terapii nie ma sprecyzowanego przebiegu, jest bowiem w pełni dostosowana do indywidualnych potrzeb i możliwości danej osoby. W zależności od nich, spotkania mogą dotyczyć czynności pielęgnacyjnych (jak wyczesywanie kociego futerka), karmienia, głaskania. Czasem pozytywne efekty terapii przynosi już samo obcowanie z kotami i możliwość obserwacji ich podczas różnych aktywności - spokojnych spacerów po domu, czy żywej zabawy. Wraz z upływem czasu, kot może spełniać w tej relacji także rolę integracyjną. Jego natura i potrzeba odwiedzenia wszystkich zakamarków domu, sprzyja zainteresowaniu nawet najbardziej cichych i zamkniętych osób. Felinoterapia niesie za sobą szereg wymiernych korzyści, wśród których możemy wymienić chociażby: kształtowanie empatii, stymulację doznań i rozwoju polisensorycznego, nawiązywanie kontaktów z innymi osobami, poprzez współdzielenie uwagi w obrębie życia kota, umiejętną identyfikację emocji, zwiększanie pewności siebie, otwartości, doskonalenie umiejętności w obrębie sprawności ruchowej, motoryki małej. Niezwykle cenne jest także kształtowanie zachowań związanych z odpowiedzialnością względem kociego przyjaciela, znajomość jego fizjologii, czy nawet wzbudzanie spontanicznych reakcji, które mają miejsce podczas opieki i zabawy z kotem. 
Zajęcia z felinoterapii mają swoje zastosowanie w procesie terapeutycznym osób niepełnosprawnych intelektualnie i/lub ruchowo. Są ciekawym urozmaiceniem dla dzieci ze spektrum autyzmu, z mózgowym porażeniem dziecięcym, dzieci z Zespołem Downa, osób z zaburzeniami zachowania, emocji, czy osób po różnego rodzaju traumach. Pomagają oswoić się w nowym miejscu i sytuacji, zwalczać zahamowania społeczne, czy następstwa zaburzeń lękowych, dlatego felinoterapeuci często odwiedzają domy dziecka, a także placówki terapeutyczne dla dzieci i dorosłych. 

A czy każdy kot może zostać terapeutą? 

Niestety nie. Należy tutaj pamiętać jednak przede wszystkim o tym, że w przeciwieństwie do wielu innych rodzajów terapii, główny trzon spotkań stanowi żywe zwierze. Wymierność efektów terapeutycznych jest ważna, nie mniej nie możemy zapomnieć o komforcie psychicznym, towarzyszącego nam kota. Choć formalnie od kotów, nie wymaga się specjalnego przeszkolenia, wiele fundacji, oferujących kursy dla przyszłych felinoterapeutów, ma w swojej ofercie także specjalne szkolenie ich kotów. Jak wygląda taki test? Sprawdzane są m.in. naturalne odruchy zwierząt. Instruktor punktuje odpowiednio to, jak kot reaguje na osobę obcą (czy mruczy, utrzymuje kontakt wzrokowy, czy jest spokojny), sprawdzana jest również reakcja na:
  • utratę podłoża (wzięcie na ręce), 
  • wprowadzenie do pokoju obcego, nieznanego przedmiotu (np. wózka inwalidzkiego),
  • ostre i nagłe dźwięki,
  • dotykanie różnych części ciała.

Ważna jest także wcześniejsza ocena stanu psychicznego i fizycznego kota. Właściciel wypełnia kartę informacji, w której wskazuje na potencjalne problemy w wychowaniu zwierzęcia, przebyte choroby, wymogi co do specjalnego żywienia lub traktowania. Rasa nie ma tutaj absolutnie żadnego znaczenia. Do kursu dopuszcza się także koty wielorasowe. 



Jak koty odmieniły moje życie?

Choć może trudno w to uwierzyć, kilka lat temu należałam do grona osób, które do tematu kotów podchodziły raczej zachowawczo. Wszystko zmieniło się w 2015 roku, gdy pod moją opiekę trafił pierwszy koci przyjaciel. Florek był kotem po przejściach. Znaleziono go zimą, w poznańskim lesie, gdzie były właściciel przywiązał go do drzewa sznurkiem. Kociak zamarzłby, gdyby nie szybka i skuteczna interwencja. Na samym początku naszej wspólnej przygody, chodziliśmy raczej własnymi ścieżkami, które przeplatały się jedynie w porze karmienia. Wszystko zmieniało się jednak bardzo szybko i w niedługim czasie od momentu adopcji, nie potrafiłam już wyobrazić sobie codziennego funkcjonowania, bez towarzystwa Florka. Był ze mną niezależnie od tego, jaki miałam humor, dotrzymywał towarzystwa w chorobie, a nawet... pocieszał. W gorszych momentach, kładł się przy mnie (albo na mnie!), a jego pomruki potrafiły skutecznie ukoić moje nerwy. W międzyczasie towarzyszył mi w wielu podróżach w granicach Polski, poznając przy tym całą moją rodzinę i wielu przyjaciół oraz... zmieniając miejsce zamieszkania z Poznania na piękny Gdańsk. Nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że w naszej relacji czegoś jednak brakowało.  Decyzja o adopcji drugiego kota dojrzewała we mnie bardzo długo. Zdawałam sobie sprawę, że drugi kot niesie ze sobą dwukrotnie więcej obowiązków i odpowiedzialności, ale nie mogłam pozbyć się myśli, że oto powoli nadchodzi ten moment, w którym to ja mogłabym odwdzięczyć się Florkowi i dla odmiany, przejąć rolę terapeuty w naszej relacji. Okazja pojawiła się zupełnym przypadkiem, gdy jedna z moich bliskich koleżanek, natknęła się na ulicy na karton z porzuconymi kociakami. Po wielu przemyśleniach, wraz z moim partnerem, postanowiliśmy dać dom drugiemu futrzakowi. W taki sposób Florek zyskał młodszego brata - Julka, który w bardzo szybkim czasie zaskarbił sobie serce wszystkich domowników i w pełni dopasował do naszych zachowań i rytmu życia. Zarówno Florek jak i Julek należą do kotów bardzo towarzyskich i spokojnych. Poza chwilami zabawy, preferują raczej spokojne leżenie na kanapie lub wypraszanie "głasków". Często żartujemy, że zachowaniem bardziej przypominają psy, niż stereotypowy wizerunek kota, chodzącego własnymi ścieżkami i stroniącego od pieszczot. Dając dom, dwóm potrzebującym stworzeniom, zyskaliśmy przyjaciół i wsparcie na długie lata. 

Złe miłego początki, czyli o trudnych pierwszych razach



Przychodzi w naszym życiu taki moment, że nie możemy (albo już zwyczajnie nam nie wypada) udawać, że studiujemy po to, by jedynie studiować. Rozpoczynając studia z pedagogiki specjalnej, byłam w o tyle gorszym położeniu, że przez wcześniejszą, nie do końca przemyślaną decyzję, poświęciłam trzy lata mojego życia na kształcenie się w kierunku, w którym nigdy nie powinnam pójść (wiem to dopiero teraz, ale taka podobno nasza ludzka mentalność, że mądrości przybywa nam po fakcie). W połowie pierwszego roku na studiach z pedagogiki, dotarło do mnie, że nie mogę pozwolić sobie, by znów zostać w tyle. Niektórzy, widząc moje ówczesne działania, mogliby pomyśleć, że próbuję łapać kilka srok za ogon i na pewno nie skończy się to dla mnie dobrze. Wiedziałam jednak jedno: 
nie ma lepszego momentu na zdobywanie doświadczenia, niż okres studiowania





Pierwszym z poczynionych przeze mnie kroków, było podjęcie wolontariatu w jednym z gdańskich instytutów skupiających się na pomocy dzieciom z zaburzeniami ze spektrum autyzmu. I - jak się później okazało - był to prawdziwy strzał w dziesiątkę, bo doświadczenia i wiedzy, które udało mi się tam zdobyć, nie mogłam porównać z czymkolwiek innym. 
Punkt zwrotny miał jednak miejsce niemal rok później, kiedy podpisałam umowę z firmą zajmującą się prowadzeniem terapii indywidualnej w domach rodzinnych dzieci. Nie wiem, czy zdecydowałabym się na to, bez wspomnianego wcześniej doświadczenia, bo myśl, że powoli stajesz się odpowiedzialnym za rozwój i dobro dziecka, potrafi być przytłaczająca, szczególnie na początku. 
Właśnie w taki sposób zostałam terapeutką Kamyka. 


Kamyk to trzyletni chłopiec ze zdiagnozowanym spektrum autyzmu. Był moim pierwszym, indywidualnym podopiecznym.
Na samym początku pracowaliśmy w oparciu o terapię behawioralną, ale mimo tego, że stanowiła ona formalny trzon naszych spotkań, nigdy nie była jedynym ich filarem. Co zabawne, zanim wiedzę teoretyczną zaczęłam przekładać na praktykę, byłam przekonana, że właśnie terapia behawioralna może być jedynym, słusznym wyborem przy pracy z dziećmi autystycznymi.
Kamyk bardzo szybko pokazał mi, że nasze przekonania mogą mieć się nijak do potrzeb dzieci, które przyjdzie nam spotkać na naszej drodze. Nie ma bowiem - przynajmniej w moim odczuciu - niczego gorszego od tłamszenia wewnętrznego potencjału dziecka i upartego podążania według jednego, opracowanego wcześniej schematu. (Obecnie porzuciłam pomysł pracy w myśl tej metody. Dlaczego? Opowiem o tym przy okazji jednego z kolejnych wpisów. :))

Nie będę udawać, nie było łatwo, szczególnie na wstępie, kiedy oboje musieliśmy wspiąć się na wyżyny naszych możliwości i po prostu... się poznać. Jeśli ktoś wam powie, że jego początki nie były trudne i wszystko szło zgodnie z założeniami, nie dajcie się zwieść. 
Jednym z głównych problemów, które musieliśmy rozwiązać było to, że Kamyk nie chciał wykonywać przy mnie zadań, które u swoich pozostałych terapeutek zaliczał bez większego problemu. Naiwnie sądziłam, że mieliśmy tutaj zwyczajny kłopot z generalizacją nabytych umiejętności, ale szybko okazało się, że chłopiec potrzebował po prostu czasu, by mi zaufać. 
Nie ukrywam, że zderzenie z rzeczywistością było dla mnie procesem dość brutalnym, ale nauczyłam się dzięki temu pokory. To coś, bez czego - tak myślę - nie mielibyśmy czego szukać w zawodzie terapeuty.

Czasem będziemy pracować z uczniem, który zrobi niesamowite postępy w bardzo krótkim czasie, a niekiedy nie. I obie te sytuacje będą dla nas nie tylko informacją zwrotną, ale także podstawą, na której musimy oprzeć nasze dalsze działania. I pamiętać o jednym: to dziecko jest tu najważniejsze, a nie nasze potrzeby zaspokajania własnej ambicji. 

Pierwszym spotkaniem z Kamykiem byłam zestresowana do tego stopnia (i wcale nie zamierzam tego ukrywać), że w ułamku sekundy z głowy wyparowało mi wszystko, co udało mi się w niej wcześniej zgromadzić. Wydawało mi się, że nie pamiętam zupełnych podstaw. Później okazało się, że były to obawy nieuzasadnione, ale ten, kto był w takiej sytuacji, doskonale wie, jak stres może przysłonić nam trzeźwość myślenia. Zapomnijcie o wszystkich wcześniejszych egzaminach, z tym uczuciem nie może równać się nic innego i jest to przerażające i... piękne jednocześnie.
Wracając jednak do sedna: wyobraźcie sobie, co poczułam, kiedy już przy pierwszym zadaniu, Kamyk chwycił jeden z ustawionych przed nim przedmiotów i po prostu nim we mnie rzucił. Nie zareagowałam wystarczająco szybko i mu to umożliwiłam. 
Podczas jednego z kolejnych, gdy przechodziliśmy do naśladowania, nie obyło się bez paznokci wbitych w moje przedramię. Pierwsze trzy tygodnie spędziliśmy więc schowani pod stolikiem lub kocem. Puszczaliśmy spod niego bański, słuchaliśmy muzyki i kręciliśmy bączki na podłodze. Czasem leżeliśmy na dywanie, z dnia na dzień, coraz bliżej siebie, aż w końcu przy jednej z kolejnych wizyt, Kamyk podszedł do mnie, gdy stałam jeszcze w drzwiach, chwycił moją rękę i ciągnął w stronę swojego pokoiku. Sami widzicie, że nawiązanie nici porozumienia jest więc na początku kluczowe. Ruszając od razu z programem terapii możemy nie tylko zrobić dziecku krzywdę, ale i w skrajnych przypadkach, położyć kreskę na całej naszej dalszej współpracy.

Myślę, że  w naszym przypadku (prócz cierpliwości) najbardziej istotne okazały się te... bańki. Zapamiętajcie, bańki mydlane to najlepszy przyjaciel każdego terapeuty, wynalazek na miarę największych nagród. Po co komu koło, ogień i penicylina? Są bańki! 

Szybko zorientowałam się też, że im głośniej i entuzjastyczniej krzyczę: "Brawo, zuchu! Udało ci się, jesteś najlepszy!", tym Kamyk głośniej i szczerzej się śmieje :). Powoli uczyliśmy się wzajemnie naszych zachowań, Ja poznawałam jego możliwości, on powoli pozwalał mi na coraz więcej. Czy trwało to długo? Trudno odpowiedzieć na to pytanie jednoznacznie. Na pewno dużej, niż początkowo zakładałam. Wszelkie takie założenia polecam z góry wyrzucić do kosza. W między czasie zaliczyłam kilka zadrapań, pociągnięć za włosy, jedno ugryzienie i cios klockiem w nos (swoją drogą, niezwykle celny, trzeba przyznać). Na każde jedno z takich zachowań, przypadały jednak trzy godziny długich rozmyślań i analiz, co jeszcze mogłabym zmienić. Co poprawić, co dodać, a z czego koniecznie zrezygnować. Wypróbowywałam każdą możliwą kombinację. Zmieniałam perfumy, kolory ubrań, fryzurę, lakier na paznokciach, sposób mówienia. Wszystko po to, by stworzyć optymalne warunki, w których to Kamyk czułby się komfortowo. To samo założenie dotyczyło zadań. Jeśli dziecko nie chce wymówić głoski "u" w sytuacji stolikowej, przenieście się na dywan, zbudujcie tory i urządźcie wyścigi pociągów, którym oczywiście towarzyszy głośne "uuuuu uuuuu" i kłęby pary (łatwo uzyskać ją np. z suchego lodu). Jeśli nie chce pisać pisakiem po śladzie, umoczcie palec w kolorowej farbie. Może to zda egzamin? A jeśli zabraknie ci pomysłu... po prostu pytaj kogoś, komu ufasz lub kogoś starszego stażem pracy.

Nie jest wstydem przyznać się do tego, że się czegoś nie wie... Dużo gorszą rzeczą byłoby eksperymentowanie na dziecku i brnięcie w coś, czego nie bylibyśmy stuprocentowo pewni. Znacznie łatwiej bowiem nauczyć dziecko zupełnie nowej umiejętności niż naprostować coś, co zostało wprowadzone w zły sposób.

W trakcie trwania naszego cyklu terapeutycznego, odwiedzałam Kamyka sześć razy w tygodniu, średnio po trzy godziny dziennie. Z każdym kolejnym tygodniem, który spędzaliśmy razem, dało się zauważyć, że zachowania utrudniające mu codzienne funkcjonowanie, pojawiały się coraz rzadziej. My za to, coraz częściej i chętniej, przerabialiśmy wspólnie zadanie z indywidualnego programu terapeutycznego. 

Gdy kończyliśmy naszą wspólną, ponad półtoraroczną przygodę, żegnałam już zupełnie innego chłopca, który przez cały ten czas wykonał kupę świetnej roboty. Nie obyło się oczywiście bez drżenia w moim głosie i lekko zaszklonych oczu, ale patrząc na niego, wiedziałam, że cały ten trud, z którym mierzyliśmy się na początku naszej drogi, był tego wart. Wart każdego zadrapania, zniszczonej pomocy terapeutycznej, każdej nieprzespanej nocy, poświęconej na przemyślenia, co jeszcze mogłabym ulepszyć. To bardzo niska cena na danie komuś szansy na samodzielne życie kiedyś, w przyszłości. 



Domowa ścieżka sensoryczna


Kształtowanie i pobudzanie zmysłów, jest jednym z najistotniejszych elementów wspierania rozwoju dziecka. Pozwalają na pełny i prawdziwy odbiór otaczającego nas świata, dlatego tak ważne jest, by dziecko od najmłodszych lat nie było pozbawione możliwości doznawania przyjemności płynącej z poznawania tego, co je otacza.
Ścieżki sensoryczne cieszą w tym temacie się niesłabnącą popularnością, z czego z kolei - muszę przyznać zupełnie szczerze - cieszę się i ja. Są one bowiem idealnym rozwiązaniem dla tych z Was, którzy doznania sensoryczne chcieliby przenieść np. również do... salonu.



Czym jest ścieżka sensoryczna? 

To nic innego, jak zbiór elementów, wykonanych z różnych materiałów, ułożonych w tor, które pozwalają dziecku rozwijać zmysł dotyku, a także wzroku. Jej ostateczny wygląd i funkcja, jest uzależniona tylko od pomysłu i wykonania osoby dorosłej. Umieszczenie określonych elementów, na oddzielnych, zupełnie niezależnych polach, umożliwia wielokrotną zmianę ułożenia toru; jego konfigurację względem długości, szerokości, a także kształtu. 




Co daje nam ścieżka sensoryczna? 

Przede wszystkim, o czym wspominałam już wcześniej, prowadzi do rozwijania u dzieci zmysłu dotyku i wzroku. Pobudza ciekawość. Usprawnia motorykę dużą, czyli innymi słowy, ma pozytywny wpływ na rozwój koordynacji ruchowej i wzrokowo-ruchowej. Odpowiednio wykorzystywane, pobudzają krążenie w stopach i dłoniach, a także mięśnie w całym ciele, przyczyniając się tym samym do uniknięcia późniejszych wad postawy. Ścieżki sensoryczne pozytywnie wpływają także na kształtowanie wyobraźni najmłodszych. Pomoc ta może być wykorzystywana na wiele sposobów i za każdym razem, ostateczny przebieg zabawy może nieść za sobą zupełnie nowe doznania.


Jak wykonać własną ścieżkę sensoryczną? 

To naprawdę proste. Przede wszystkim warto zastanowić się nad odpowiednim wyborem podłoża. Na załączonych zdjęciach, prezentuję Wam moją ścieżkę, której podstawą są piankowe puzzle. Polecam to rozwiązanie tym z Was, którzy chcieliby łatwo i szybko przetransportować ścieżkę z miejsca na miejsce, a także zadbać o to, by już ułożony tor (lub mata!) była względnie stabilna i nie rozjeżdżała się pod stopami, gdy dzieci urządzą sobie na niej wyścigi. Spotkałam się jednak ze ścieżkami wykonanymi na kwadratowych, kartonowych polach, na cienkich deseczkach, a nawet... na starym dywanie. 

Kolejnym krokiem jest odpowiedni dobór tworzyw, które znajdą się na poszczególnych elementach. 
Postaram się opisać Wam pola wykonane przeze mnie:

  • Element pierwszy: muszelki. Należy pamiętać jednak, by nie umieszczać ich zbyt blisko siebie, bo nacisk stóp spowoduje, że nachodzące na siebie muszelki, pękną. 
  • Element drugi: puszyste pompony. Zadbałam o to, by były różnej wielkości i miękkości. 
  • Element trzeci: zabawki. Tak, nie pomyliłam się. Do skonstruowania tego elementu, użyłam części ze starej, drewnianej układanki, której już nie używałam, a także klocków i dwóch brokatowych serduszek
  • Element czwarty: słomki do napojów. Dobór kolorystyczny wedle uznania. Osobiście jestem fanką efektu, który daje stawanie gołą stopą na słomki, ułożone bardzo blisko siebie. Równie ciekawe jest przesuwanie po nich dłonią. 
  • Element piąty: kamienie. Miałam szczęście i znalazłam w swojej szafie stare, niewykorzystane dotąd kolorowe kamienie. Efekt bardzo mi się podoba. Tutaj jednak warto wspomnieć o pewnej rzeczy. Tego rodzaju elementy mają skłonność do odpadania od podłoża. Poradziłam sobie z tym w ten sposób, że przed przyklejeniem każdego kamyka, wydrążyłam delikatnie piankowy puzzel, tworząc tym samym dziurkę, w której stabilizowałam kamień. 
  • Element szósty: skrawki dywanów 
  • Element siódmy: papier ścierny. Nie byłabym jednak sobą, gdybym nie dodała tu czegoś od siebie. W taki oto sposób powstał element z papierem pomalowanym na złoty kolor. 
  • Element ósmy: gąbki do mycia naczyń. Wedle uznania - możecie przykleić je tą stroną, która bardziej Wam odpowiada. 
  • Element dziewiąty: las. Odrobina wysuszonego mchu, szyszka, gałązka. Czego dusza zapragnie. Jest to - moim skromnym zdaniem - element dający najlepsze doznania wizualne, a także ten, który cieszy się największym zainteresowaniem wśród dzieci. 


Do mocowania elementów używałam niezastąpionego kleju termotopliwego. Rozważałam także doszycie elementów, które na to pozwalały (pompony, gąbki lub kawałki dywanów). Polecam też wspomniane rozwiązanie z wydrążeniem dziurek, na co twardsze i nieregularne elementy (kasztany, fasola, nakrętki od butelek, czy - jak w moim przypadku - kamienie). 


Kupić, czy wykonać samodzielnie? 

Zapewne wiele osób zastanawia się, czy w dobie powszechnego dostępu do wszelkiego rodzaju dóbr, warto poświęcać czas na wykonanie własnej ścieżki sensorycznej, czy skorzystać z jednej z wielu alternatyw, proponowanych nam przez sklepy z zabawkami lub pomocami terapeutycznymi. Ja sama długo się nad tym zastanawiałam. Doszłam jednak do wniosku, że dzięki naszej znajomości indywidualnych potrzeb i zainteresować dzieci, wykonaną samodzielnie ścieżką, możemy w pełni zaspokoić ich oczekiwania. Jeśli zdecydujemy się na wspólne wykonanie ścieżki, gwarantujemy sobie również zabawę płynącą z samego przygotowania nowej aktywności, co dodatkowo podnosi jej atrakcyjność. Wybór oczywiście pozostawiam Wam. Jestem pewna, że każdy wybierze opcję, która zadowoli go najbardziej. :) 

Tradycyjnie, po więcej pomysłów na urozmaicenie szarej, terapeutyczno-edukacyjnej codzienności, zapraszam Was na moją stronę na facebooku oraz instagram, do których odnośniki znajdziecie na górze strony.