Co z tą szkołą?

Jakie obrazy pojawiają się w Twojej głowie, gdy skupiasz się na znaczeniu słowa: szkoła? Jakie emocje towarzyszą powolnemu powrotowi do czasu, gdy jednym z Twoich głównych obowiązków, było to, by wstać o danej godzinie, pójść do odpowiedniego budynku, zająć raz wskazane miejsce i prezentować określony wzorzec zachowań? Ten jeden, właściwy. Określenie... 
A jeśli można inaczej? 


Chcę być wobec Was uczciwa. Myślę więc, że to odpowiedni moment na to, by pozwolić wybrzmieć czemuś, co od dawna kryło się w mojej głowie. Nie wspominam dobrze szkół, do których chodziłam. Od razu zaznaczam jednak, że nie ma we mnie żalu o sam proces edukacji czy formę, w jakiej ta edukacja została wobec mnie przeprowadzona. Była to pewna wizja systemu, dla której trudno było wówczas znaleźć jakąkolwiek sensowną alternatywę, a ja sama nigdy jej nie szukałam, przyjmując za pewnik wizję szkolnej ławki ustawionej zawsze w tym samym miejscu. Niezmiennie. 
Przez te wszystkie lata, spotkałam na swojej drodze dwóch nauczycieli, którzy - w moich oczach -  przełamywali ten schemat. Nauczycielka języka polskiego w gimnazjum i nauczyciel historii w liceum. Tych uprzejmych, spokojnych i niezwykle pomocnych było oczywiście znacznie więcej, ale prowadzone przez nich zajęcia nie wybiegały poza klasyczną formę lekcji. W tym miejscu, wielu z Was mogłoby powiedzieć, że nie każda lekcja musi wiązać się z efektem fajerwerków i jasne, podpisuję się pod tym. Najważniejsze było przecież to, czego zdołaliśmy się nauczyć, prawda?

Co takiego przez te wszystkie lata wyraźnie zapisało się w mojej pamięci? Cóż. 
W szkole, w której pracuję, pełnie rolę pedagoga specjalnego. Odpowiadam tym samym za proces edukacji dzieci z orzeczeniami o potrzebie kształcenia specjalnego. Nierzadko wiąże się to z przepracowaniem dostosowanej podstawy programowej - zupełnie różnej od tej realizowanej przez resztę klasy. Jeśli ktoś wierzy jednak, że pozostałym dzieciom nie zdarza się zadawać mi pytań związanych z ich klasycznymi przedmiotami, myli się. Zdarza się i to naprawdę częściej niż sama zakładałam. Nagle okazało się, że mimo nie najgorszych świadectw, przynoszonych przeze mnie rok rocznie do domu, musiałam ponownie przypominać sobie wiele zagadnień z etapu czwartej i piątej klasy. Biologia, historia, matematyka, geografia. Pamieć zawiodła mnie wielokrotnie. Trudno bowiem, a przynajmniej bez wcześniejszego odświeżenia swojej wiedzy, przedstawić komuś precyzyjną budowę mikroskopu, dokładny przebieg Odsieczy Wiedeńskiej (ze szczególnym uwzględnieniem dat i liczebności armii), czy też płynnie poruszać się po zestawieniu znaczeń związanych z literaturą z danego okresu.

A co z lat szkolnych pamiętam doskonale?
Pamiętam pewne słowa, gdy w drugiej klasie szkoły podstawowej, zdradziłam ówczesnej wychowawczyni moją trudność związaną z brakiem akceptacji przez część dziewczynek z klasy. Usłyszałam, że problem leży we mnie, bo "to nie grupa ma się dostosować do jednostki, ale jednostka do grupy". 
Pamiętam lekcję przyrody w piątej klasie, gdy jeden ze szkolnych "kolegów" wyrzucił mój zeszyt do kosza, na oczach nauczyciela, który nie odniósł się do tego nawet jednym słowem. 
Pamiętam mój wstyd na lekcji języka angielskiego w szóstej klasie, gdy nauczycielka, podnosząc głos, wpisała mi do dziennika pięć ocen niedostatecznych. Jedną za każde niewykonane zadanie domowe z zeszytu ćwiczeń. Tych samych, które przerwę wcześniej odebrałam od szkolnego pedagoga (poprzednie skradziono mi dwa dni wcześniej). Zadania przepisałam i wykonałam w zeszycie, to jednak nie wystarczało. Ćwiczenia były wszakże puste. 
Wiecie co jeszcze pamiętam?
Pamiętam to zażenowanie, gdy w liceum, na lekcji języka niemieckiego (pierwszej w moim życiu), niepoprawnie przeczytałam jedno ze zdań z podręcznika (chodziło o słowo SIE (tłum. "ty"). Dlaczego zażenowanie? Nie z powodu popełnionego przeze mnie błędu, bynajmniej. Lekcje prowadził dyrektor. Dyrektor, który po przeczytanym  przeze mnie zdaniu, zasugerował mi spokojnie, że sekretariat w szkole jest dziś czynny do godziny 15, więc mam jeszcze sporo czasu, by odebrać moje dokumenty i przenieść je do szkoły zawodowej, gdzie najwyraźniej lepiej się odnajdę. I nie pytajcie mnie, proszę, o sens, bo nie znalazłam go do dziś.

Dokumentów nie odebrałam, szkoły nie zmieniłam, a maturę zdałam z naprawdę dobrymi wynikami. Ukończyłam dwa kierunki studiów i... teraz sama uczę dzieci. Słucham ich potrzeb, rozpoznaję ich nastroje. Pozwalam im zdrzemnąć się wtedy, kiedy wyraźnie tego potrzebują, przytulam, wspieram. Modyfikuję plan dnia tak, by w pełni ich zaspokoić. Spędzam długie godziny na dostosowaniu i wykonaniu takich materiałów, by umożliwić im swobodne zgłębianie nowych zagadnień i uczestnictwo w aktywnościach pozostałych uczniów naszej szkoły. Wiem i rozumiem, jak ważne jest poczucie bezpieczeństwa w całym procesie edukacji. Poczucie pełnej akceptacji, zgody na pewne zachowania i ogromnego zaufania, co do słuszności wyborów dokonywanych przez samych uczniów.
Dlaczego dzielę się z Wami tym wszystkim?

Zależy mi na tym, by raz na zawsze dokonać w naszym postrzeganiu pewnego wyraźnego podziału. Szkoła, jako miejsce nauki i ludzie, którzy w tym miejscu uczą. Czasem zdarza się tak, że pewien element złożonego mechanizmu po prostu nie działa. Powodów może być naprawdę wiele i - biorąc pod uwagę fakt, że nigdy nie znajdziemy się w skórze drugiego człowieka - trudno je oceniać. Czy możemy winić sam system za pojawianie się kolejnych trudności na drodze edukacji naszych dzieci? Warto wspomnieć tutaj, że wszystkie szkoły, które możemy znaleźć obecnie na mapie polskiej edukacji, funkcjonują w pewnym systemie, a ten jest naprawdę mocno elastyczny i zezwala na wiele ciekawych i zwyczajnie dobrych rozwiązań.
Czy gdybyśmy pokusili się teraz o przeprowadzenie pewnego rodzaju  działania eksperymentalnego i umieścili nauczycieli i sytuacje, o których wcześniej wspomniałam, w dowolnej szkole alternatywnej, to czy negatywne oddziaływanie na dziecko miałoby genezę w systemie/samej szkole, czy osobach uczących w niej? Czy spadek poziomu samoakceptacji ucznia będzie powodem źle ustawionej szkolnej ławki czy słów osoby, która na danym etapie rozwoju, jest dla dziecka jedną z tych najbliższych?
Nie zmienimy sytuacji, wprowadzeniem obowiązkowych zmian systemowych w postaci gospodarowania przestrzenią, czasem lekcyjnym czy samą formą prowadzenia zajęć, jeśli w tym systemie będą pracowali ludzie, którzy tego systemu po prostu nie poczują. Konieczność dostosowania się do nowych realiów. będzie stanowiła dla nich źródło frustracji, która zupełnie naturalnie znajdzie odzwierciedlenie w prowadzonych przez nich działaniach, czy nawet zachowaniu. Jako pedagodzy i rodzice mamy jednak prawo i możliwość do poszukiwania takich miejsc pracy/edukacji, które będą odpowiadały nam, nawet jeśli nie w 100%, to przynajmniej w naprawdę sporej części. Kiedy poszukiwałam swojej pierwszej pracy, wiedziałam jedno - duszę się w konwencji, nie potrafię jej poczuć. Nie traciłam więc czasu na składanie dokumentów niezbędnych do rekrutacji, w szkołach realizujących tradycyjną wizję systemu szkolnego.  Znalazłam alternatywę. Już dziś wiem też, że gdy już będzie mi dane zostać rodzicem, będę poszukiwała podobnego miejsca dla mojego dziecka. Jeśli mamy szansę na redukowanie w nas poziomu frustracji, to zróbmy to. Wybierzmy nowe, bardziej elastyczne, wrażliwe na potrzeby dziecka. Będzie to wymagało od nas otwartości umysłu i sporej dawki odwagi, jednak nie jest to rzecz niemożliwa. Pamiętajmy o tym, jak ważne jest poczucie bezpieczeństwa w procesie rozwoju dzieci. Jeśli nie zapewnimy realizacji ich podstawowych potrzeb, trudno wymagać od nich, by potrafiły skupiać się na prezentowanym materiale i niemal całkowicie zaadaptować się do specyfiki funkcjonowania pewnego miejsca. Nie wolno nam wymagać od dzieci, by bezrefleksyjnie dopasowały się do prezentowanego przez nas, tradycyjnego modelu szkoły, bo wyrządzimy im wielką krzywdę - wyzwolimy procesy, które będą miały wpływ na całe ich dalsze życie.
Nie wiem, gdzie byłabym, gdyby moi rodzice nie dbali o to, by to poczucie bezpieczeństwa mi zapewnić. Nie wiem, jak potoczyłyby się moje szkolne losy, gdybym w odpowiednim momencie nie usłyszała, że to po prostu pewien etap mojego życia, z którego mogę czerpać pełnymi garściami, cieszyć się tym, co mi daje, ale... nie zapominać o tym, że ten etap kiedyś minie i że cyferki w dzienniku (jakiekolwiek by nie były), czy też słowa nauczycieli, nie definiują tego, kim będę.
Jeśli chcemy coś zmienić, zmieniajmy.
Pamiętajmy jednak, że wszelkie zmiany powinniśmy zapoczątkować w samych siebie.




_____________________________________
Dziś to już wszystko.
Tradycyjnie już, zapraszam Was serdecznie na mój fanpage na facebooku i instagramie.
Do usłyszenia! 

Komentarze

Chcesz dostawać powiadomienia o nowych postach?

instagram